KONFEDERACJA POWYBORCZA
22 października 2023
Widziałem Cię w wieczornej mglę,
Szedłeś przez las szukając mnie.
Nie
czekając na zakończenie wewnętrznych potyczek w Konfederacji zamierzam
krótko wtrącić swoje trzy grosze. Od dobrych paru miesięcy pisałem, że
brakowało mi w Konfederacji spójnej i radykalnej postawy uderzającej w
paranoję wojenną i służalczość państwa polskiego względem Ukrainy. To co
zaprocentowało w czasach covidiozy, kiedy Konfederacja jako całość
mocno atakowało tamtejsze absurdy nie zaprocentowało tak mocno tym
razem. Dopiero miesiąc przed wyborami, kiedy szambo wystrzeliło i
Ukraina podała Polskę do Światowej Organizacji Handlu i zaczęła się
wojna handlowa między tymi państwami Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak
poszli pełną parą uderzając w antyukraińskie nastroje Polaków. Do
tamtego momentu głównie Korona Grzegorza Brauna była jedyną siłą w
Konfederacji, która się tego podejmowała. Reszta była neutralna lub
wręcz uległa. Jednak uderzanie w te nastroje po wybuchu konfliktu,
raptem na miesiąc przed wyborami to trochę za późno. Wtedy nawet PiS
zaczął się na pokaz stawiać udając propolski rząd. Konfederacja straciła
szansę by być jedynym wyrazistym przedstawicielem, który od samego
początku uderzał w ten ton. Gdyby tak zrobili byliby bardziej wiarygodni
i pozyskaliby więcej wyborców, których polityka "jesteśmy sługami
narodu ukraińskiego" zaczęła coraz mocniej uwierać. A takich ludzi
zaczęło być coraz więcej już od początku tego roku. Pokazywały to
przeróżne badania. Dlatego już w lutym pisałem, że Konfederacja powinna
być konsekwentna tak jak w temacie wirusa. Niestety nie była. Moim
zdaniem to miało spore znaczenie o czym niewielu mówi. Dyskutuje się
głównie o tym, że Korwin coś tam palnął albo, że Mentzen za dużo
pajacował na Tik Toku lub na "Piwie z Mentzenem".
JKM
to osobny temat. Uważam, że formuła Korwina wyczerpała się już w
prawyborach prezydenckich Konfederacji w 2020 roku. Wtedy we własnym
środowisku wolnościowym, będąc jeszcze prezesem ówczesnej partii KORWiN
zajął miejsce m. in. za Arturem Dziamborem i Konradem Berkowiczem.
Korwin dekady temu postawił słuszną diagnozę, że antysystemowcy powinni
opierać się na radykalnym przekazie, bo polityka opiera się na emocjach,
a nie merytorycznym programie. Jednak akurat ten rodzaj radykalizmu
prezentowany przez JKM zaczyna odchodzić do lamusa. Jego szczyty były w
2014 i 2015 roku, kiedy partia Korwina najpierw dostała się do
Europarlamentu, a później z ponad 700 tysiącami głosów znaleźli się tuż
pod progiem w wyborach parlamentarnych. Bardzo dobrze, że później
powstała Konfederacja. Partie opierane na wodzu Korwinie to pomysł
zużyty. Konfederacja to zbiór kilku środowisk i kilku liderów. Dzięki
temu weszli do parlamentu w 2019 roku i nadal po czterech latach będą w
nim pracować z nieco większą ilością posłów. Nie rozumiem wrzucania do
worka JKM i Grzegorza Brauna. Grzegorz Braun to inna bajka. Inny
radykalizm niż ten prezentowany przez JKM, który opiera się na
szokowaniu, skandalach i prowokacji. Grzegorz Braun to taran, który
najlepiej sprawdza się w godzinach próby takich jak plandemia. To on
stał się największym symbolem Konfederacji w walce o wolność przeciwko
zamordyzmowi covidowemu i to w dużej mierze dzięki niemu wielu Polaków
uwierzyło, że przeciwstawianie się nielegalnym obostrzeniom ma sens. Po
ponad roku paranoi pandemicznej zmęczeni tym tematem ludzie zaczęli
swoje poparcie przekierowywać w stronę Konfederacji. I właśnie wtedy na
przełomie 2021 i 2022 roku Konfederacja po raz pierwszy zaczęła dobijać
do 10% poparcia. Dlatego starałem się przypominać Sławomirowi Mentzenowi
i Krzysztofowi Bosakowi, żeby tak samo zachowywali się w czasie paranoi
wojenno-ukraińskiej. Tutaj zabrakło takiej konsekwencji. Liczę na jak
najszybsze wygaszenie wewnętrznych konfliktów i wyciągnięcie wniosków,
bo za kilka miesięcy czekają nas wybory samorządowe i europarlamentarne.
A
teraz kilka pozytywów. 7% to nie jest klęska, bo nikt nie spodziewał
się tak dużej frekwencji wyborczej. A jak wiadomo wysoka frekwencja
faworyzuje największe partie, bo do wyborów idzie więcej ludzi nie
interesujących się polityką, tylko śledzących główne media. Nie zmienia
to faktu, że apetyty Konfederacji słusznie były większe. Chcieli
osiągnąć dwucyfrowy wynik. Nie udało się, ale:
- mając 18 posłów, a nie 11 jak wcześniej można w końcu założyć klub poselski, czyli będzie więcej czasu na mównicy sejmowej i więcej miejsc w komisjach sejmowych
- poparcie Konfederacji w liczbach bezpośrednich wzrosło o 300 tysięcy i osiągnęło półtora miliona wyborców
- nowy sejm będzie bardziej chaotyczny i nieprzewidywalny, więc prawdopodobnie będzie więcej głosowań, w których decydujących może być dosłownie kilka głosów
- nic tak nie może napędzać Konfederacji jak rząd złożony z Tuska, Hołowni i Biedronia 

Komentarze
Prześlij komentarz